Ach. Kochana Polska. Mazurki, piękne dziewczyny i krajobrazy. Hymn, miasta i historia. Muzyka i język. Wszystko na miejscu. Tylko coś nie ten-teges z polityką...
Ławka przed pomnikiem Syrenki. Pamiętne i bolesne wspomnienie.
Dariana.
Zastanawiam się teraz, czy ona aby jeszcze żyje. Nie istotne. Czemu interesuję się dzieckiem?
Odrzuciłem wszystkie złe myśli. Mam dość wampirów. A w szczególności Lucifera i Dariany.
Przymknąłem oczy i wsłuchiwałem się w odgłosy nocy. Można usłyszeć pohukiwanie sowy, szum liści na drzewach. A teraz jeszcze lekkie trzęsienie pod ziemią. Kret.
- Psze pana. Ma pan papierosy?
Obejrzałem się za siebie. Blond dziewczyna, ciemniejsza karnacja i orzechowe oczy.
- Ile chcesz? - zapytałem, sięgając po paczkę do lewej kieszeni kurtki.
- Wystarczą dwa.
Podałem dziewczynie całą paczkę, na co zareagowała piskiem.
- Nie potrzebuję aż tylu. Niech pan da tylko dwa - powiedziała, wyciągając do mnie rękę z fajkami.
- A jak zapalę z tobą, to weźmiesz wszystkie? - zapytałem, szperając po kieszeniach za zapalniczką, a ona cofnęła rękę.
- N-no dobrze. - Dziewczyna usiadła przy mnie i wyciągnęła w moją stronę papierosy. Wziąłem jednego, wsadziłem sobie do ust (oj, nie ładnie, zboczki) i zapaliłem, po czym podałem jej zapalniczkę.
- Dziękuję, mam swoją. - Zapaliła papierosa swoim "ogniem" i zaciągnęła się.
- Jak masz na imię? - zapytałem, wypuszczając dym z płuc.
- Zuzia. A pan?
- Nie postarzaj mnie. Mów do mnie, jak do kolegi. A nazywam się Casimir.
- A przekładając na polski?
- Coś jak Kazimierz.
- Kazik. - Zaśmiała się radośnie.
- Coś nie pasuje? - mruknąłem i głęboko się zaciągnąłem dymem, który to po chwili ze świstem wypuściłem z płuc.
- Nie. Nawet fajnie.- Uśmiechnęła się. - Mów mi Zu.
- Czemu Zu?
- Znajomi tak na mnie mówią.
- No... Dobrze. Miło cię poznać, Zu.
- Mi ciebie też, Cas.
Nosz kurrrrrrrrwa ! Tylko nie Cas !
- Nie mów do mnie Cas - stęknąłem boleśnie.
- Hm? Czemu?
- Mama tak do mnie mówiła. Dziesięć lat temu zmarła w wypadku, z którego sprawca uszedł z "życiem". - Ostro zaakcentowałem ostatnie słowo.
- Przykro mi. - Położyła rękę na moim ramieniu w geście współczucia.
Kiwnąłem lekko głową i dotknąłem jej ręki. Błyskawicznie ją zabrała i spaliła rekordową cegłę.
- Wybacz - odparłem sucho i znowu się zaciągnąłem.
- T-to nic takiego. - Spojrzała na ekran telefonu i wstała. - Cholera... Muszę już iść. Dzięki za towarzycho. Nara !
- Narazie... - odpowiedziałem jej i patrzałem tylko, jak idzie w stronę bloków.
No, Casimir. Ciekawie spędziłeś ten wieczór. Wręcz zajebiście, jakby nie patrzeć. Kopcąc z nastolatką przy Syrence. No super !
*********************************************************************
No... Przepraszam za taką długą (a raczej bardzo długą) przerwę. Sami wiecie, że szkoła i te inne pierdoły. Ale teraz chyba znajdę więcej czasu na pisanie na weekendy, bo mam kompa na urodzinki od tatusia ( DDDDX ) no i.... no i jestem, jak widać ^^
Yaoi moim światem przez wieki
poniedziałek, 10 listopada 2014
wtorek, 7 października 2014
Koszmarny sen - część 2
Po kilku minutach, umyty, siedziałem na łóżku i... nic nie robiłem. Po prostu siedziałem. Chciałem chwycić po książkę, ale siedziałem nieruchomo.
- Casimir-sensei nie śpi? - W drzwiach stała Mizuna.
- Całą noc nie spałem, Mizu-san.
- To bardzo nie dobrze, sensei. Niech sensei trochę poczeka, a ja przyniosę herbaty - pisnęła i od razu poszła do łazienki. Usłyszałem, jak wlewała do kubka jeszcze ciepłą herbatę, którą zrobiłem po powrocie.
Mizuna przyniosła mi kubek z cytrynowo-miętową herbatą, po czym ukłoniła się i wyszła.
Wypiłem zawartość ceramicznego naczynia, położyłem się (nareszcie jakiś ruch) i zamknąłem oczy, ale zasnąć i tak nie mogłem.
Przed oczami miałem obraz Lucifera, Darianny i mnie na nocnym polowaniu. Wróciliśmy do katedry, w której ostatnio byłem z Luciferem. Czekała tam na nas... Lynx. Miała na sobie strój łowiecki - obcisłe rurki i kurtka moro, czarną bokserkę i glany, a w ręce dzierżyła karabinek, do paska przypięła sztylety, na plecy zarzuciła łuk i kołczan ze strzałami. Mierzyła nas swoim chłodnym, wytrenowanym wzrokiem płatnego mordercy. Lucifer rzucił się na moją przybraną siostrę, a po chwili padł jak długi i zamienił się w popiół. W ślad za wampirem ruszyła Dariana, która skończyła podobnie. Natomiast ja kroczyłem w stronę Zmiennej powolnym krokiem. Opuściła broń. Rozległ się brzęk metalu rzuconego o marmur i trzask łamanych gałęzi. Rzuciła zbędną broń i skoczyła w moje ramiona. Płakała. Błagała o wybaczenie. "Boże, proszę. Nie chcę więcej tego robić. Uwolnij mnie od tego, błagam", wyszlochała w moje lewe ramię, zaciskając dłonie na czarnym płaszczu. Kiedy podniosłem ręce, żeby ją przytulić, obraz zawirował. Obejmowałem niemowlaka o jasnych, bladoróżowych oczach i brązowych włoskach. Dziecko radośnie gaworzyło, kiedy patrzałem na nie ze zdziwieniem. Podniosłem wzrok na szpitalne łóżko, na którym leżała jego matka. Boże, nie znam tej kobiety. "Casimir, daj mi Reilę", poprosiła zmęczonym głosem, wyciągając do mnie ręce.
Świat zmienił kolejność wydarzeń. To, co widziałem, NIGDY się nie wydarzy.
Podniosłem się do siada, sapiąc i dysząc jak po stukilometrowym maratonie. Dotknąłem swojej twarzy. Pot. Straszny gorąc. Palące policzki. Gorący oddech.
Wiedziałem jedno.
TO się NIGDY nie zdarzy. To niemożliwe.
- Casimir, Casimir, Casimir... Co ci się stało? Duch zobaczyłeś czy kolejny koszmar ze mną w roli upiora? - dobiegł mnie głos mężczyzny. Lucifer Monthell leżał tuż obok mnie (!).
- Dziecko... - wydyszałem.
- Co? Jakie dziecko? Co ty bredzisz?!
- Widziałem dziecko... I jakąś kobietę... Szpital...
- Ajajajaj... Mocno się uderzyłeś?
- Była jeszcze katedra w Nanao. Ty, ja, Dariana i Lynx. Ty i Dariana... Lynx zamieniła was w popiół, a mnie nazwała.... Nie, nie, nie! - mruknąłem pod nosem. - Coś ty ze mną zrobił?! - Mocno chwyciłem Lucifera za włosy.
- Ty tak na serio?! - jęknął (z bólu, oczywiście. Jak myślałeś, że z podniecenia, to jesteś w cholernym błędzie) i chwycił się za głowę.
- Inaczej nie byłbym taki spocony i wystraszony! - wydyszałem, puszczając wampira.
- To serio aż tak straszne?
- Straszne? Nie, ale koszmarne już tak. - Nie potrafiłem się ogarnąć i uspokoić.
- Hahah... Tak się wystraszyłeś, że nie zdążyłeś się oglądnąć. Nie spostrzegłeś się, że nie jesteś u siebie?
Dopiero teraz to zauważyłem, dzięki. Wjebał mnie w gówno po same uszy.
Pokój dosłownie tonął w czerni. Czarne ściany, sufit, podłoga, meble. Tylko pościel była biała. Przy łóżku stały dwie zapalone świece. Zasłony skutecznie nie wpuszczały światła do środka.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytałem nerwowo.
- U mnie, spokojnie. - Lucifer dotknął mojej nagiej nogi.
Zaraz, chwila moment! Czy on mnie...?! NIE! Zabiję, zaszlachtuję, przechrzczę i poćwiartuję skurwysyna!
- Czemu mnie rozebrałeś? - bąknąłem spokojnie. Powaga i spokój - jedynie te dwie rzeczy mnie najbardziej zdziwiły.
- A spałbyś w ubraniu? Wątpię.
- Ty zboczeńcu...
- A ty niby nim nie jesteś?- szepnął i przyciągnął mnie do siebie na tyle, że poczułem jego erekcję na nagim udzie.
- L-Lucifer... - jęknąłem z zaskoczenia.
- Tak, Casimir? - szepnął z podnieceniem w głosie.
- C-co ty robisz?
- Chcę... Pragnę cię, Casimirze. Pożądam jak nikogo innego - mruknął w moje prawe ucho, zawisając nade mną.
- A-ale...
- Nie, Casimir. Nie uwolnisz się ode mnie - szepnął i wpił się w moje usta, ciągle pogłębiając pocałunek.
Chciałem się wyrwać, uderzyć go, a w zamian leżałem i odwzajemniałem pocałunki. Kurwa.. Baba ze mnie, nie facet.
Po kilku minutach obaj zaczęliśmy poruszać biodrami, ocierając się o siebie i pojękując sobie w usta. Nasze ręce zaciskały się na różnych częściach obu ciał.
W końcu poczułem w sobie członek Lucifera. Jego ciche pomruki znikały w moich jękach. Ciągle mnie masturbował, robiąc płytkie, ostre ruchy.Przy każdej jego frykcji jęczałem coraz głośniej. Próbował mnie nawet ucisza, ale nie wychodziło mu to.
- Przycisz się, bo służba usłyszy - syknął, kiedy prawnie krzyknąłem z rozkoszy, jaką dawał mi jego penis.
- N-nie mogę... - stęknąłem.
- Przewróć się na brzuch i wypnij porządnie tyłek - powiedział i wyszedł ze mnie.
- Po co? - Spojrzałem na niego przez ramię.
- Po prostu to zrób. - Zaliczył "twarzopalmę" (jakkolwiek to brzmi) i przejechał ręką po ryju.
Posłusznie spełniłem jego prośbę (?), przewróciłem się na plecy i wypiąłem pośladki. Wbił we mnie dwa palce i zaczął nimi poruszać. Jęknąłem, a on mnie uderzył po tyłku. Jak to mnie podniecało !
- Bądźże posłuszny i wciśnij sobie palce w usta. Sam się boję, że mi całą rękę ujebiesz - szepnął prawie wściekle.
- Żebym ja ci chuja nie ujebał, Mont - warknąłem.
- Tak chcesz się bawić? - syknął i dołożył jeszcze dwa palce, co cholernie mnie zabolało.
Odepchnąłem go nogą, podniosłem się do siadu i mocno uderzyłem wampira z pięści, na co ten zaskowyczał boleśnie. Natychmiast padł na kolana z ręką przy twarzy, a ja zerwałem się z łóżka i chwyciłem mocno jego włosy, pociągając go za nie do góry.
- Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób. Jasne?! - ryknąłem Luciferowi prosto w jego bladą twarz. Wampir skulił się jak pies i załkał.
Puściłem jego włosy i chwyciłem swoje ubrania, w które ubrałem się w zaledwie dwie minuty.
- Ca... simir... Proszę... - wydukał nieudolnie, kiedy z nastrojem Lucyfera (Lucyfer a Lucifer to dwie różne rzeczy - imię i diabeł) wyszedłem z pokoju.
Służba unikała mnie jak ognia ze strachem w oczach i drgawkami na całym ciele. Usuwali się z widoku na sam dźwięk stukania glanów o bazaltową posadzkę. Po kilku minutach byłem już na dworze przed rezydencją Monthell. Przede mną stał... mój (!!) motor. Jeszcze ze Stanów. Boże...
Wsiadłem na motor, odpaliłem go i ruszyłem w kierunku bramy.
************************************************************
Jeju... Ile tego jest...? O wiele za wiele XD No ale nic. Dzięki naleganiom mego męża (Ciela (kto wnika, błądzi)) i przyjaciółki z klasy powstała druga część. Mogłam rozdzielić to na dwie części - sen i scena łóżkowa (?) - no ale. Wyszło jak wyszło.
MIŁEGO DNIA, ŻYCZĘ :)
- Casimir-sensei nie śpi? - W drzwiach stała Mizuna.
- Całą noc nie spałem, Mizu-san.
- To bardzo nie dobrze, sensei. Niech sensei trochę poczeka, a ja przyniosę herbaty - pisnęła i od razu poszła do łazienki. Usłyszałem, jak wlewała do kubka jeszcze ciepłą herbatę, którą zrobiłem po powrocie.
Mizuna przyniosła mi kubek z cytrynowo-miętową herbatą, po czym ukłoniła się i wyszła.
Wypiłem zawartość ceramicznego naczynia, położyłem się (nareszcie jakiś ruch) i zamknąłem oczy, ale zasnąć i tak nie mogłem.
Przed oczami miałem obraz Lucifera, Darianny i mnie na nocnym polowaniu. Wróciliśmy do katedry, w której ostatnio byłem z Luciferem. Czekała tam na nas... Lynx. Miała na sobie strój łowiecki - obcisłe rurki i kurtka moro, czarną bokserkę i glany, a w ręce dzierżyła karabinek, do paska przypięła sztylety, na plecy zarzuciła łuk i kołczan ze strzałami. Mierzyła nas swoim chłodnym, wytrenowanym wzrokiem płatnego mordercy. Lucifer rzucił się na moją przybraną siostrę, a po chwili padł jak długi i zamienił się w popiół. W ślad za wampirem ruszyła Dariana, która skończyła podobnie. Natomiast ja kroczyłem w stronę Zmiennej powolnym krokiem. Opuściła broń. Rozległ się brzęk metalu rzuconego o marmur i trzask łamanych gałęzi. Rzuciła zbędną broń i skoczyła w moje ramiona. Płakała. Błagała o wybaczenie. "Boże, proszę. Nie chcę więcej tego robić. Uwolnij mnie od tego, błagam", wyszlochała w moje lewe ramię, zaciskając dłonie na czarnym płaszczu. Kiedy podniosłem ręce, żeby ją przytulić, obraz zawirował. Obejmowałem niemowlaka o jasnych, bladoróżowych oczach i brązowych włoskach. Dziecko radośnie gaworzyło, kiedy patrzałem na nie ze zdziwieniem. Podniosłem wzrok na szpitalne łóżko, na którym leżała jego matka. Boże, nie znam tej kobiety. "Casimir, daj mi Reilę", poprosiła zmęczonym głosem, wyciągając do mnie ręce.
Świat zmienił kolejność wydarzeń. To, co widziałem, NIGDY się nie wydarzy.
Podniosłem się do siada, sapiąc i dysząc jak po stukilometrowym maratonie. Dotknąłem swojej twarzy. Pot. Straszny gorąc. Palące policzki. Gorący oddech.
Wiedziałem jedno.
TO się NIGDY nie zdarzy. To niemożliwe.
- Casimir, Casimir, Casimir... Co ci się stało? Duch zobaczyłeś czy kolejny koszmar ze mną w roli upiora? - dobiegł mnie głos mężczyzny. Lucifer Monthell leżał tuż obok mnie (!).
- Dziecko... - wydyszałem.
- Co? Jakie dziecko? Co ty bredzisz?!
- Widziałem dziecko... I jakąś kobietę... Szpital...
- Ajajajaj... Mocno się uderzyłeś?
- Była jeszcze katedra w Nanao. Ty, ja, Dariana i Lynx. Ty i Dariana... Lynx zamieniła was w popiół, a mnie nazwała.... Nie, nie, nie! - mruknąłem pod nosem. - Coś ty ze mną zrobił?! - Mocno chwyciłem Lucifera za włosy.
- Ty tak na serio?! - jęknął (z bólu, oczywiście. Jak myślałeś, że z podniecenia, to jesteś w cholernym błędzie) i chwycił się za głowę.
- Inaczej nie byłbym taki spocony i wystraszony! - wydyszałem, puszczając wampira.
- To serio aż tak straszne?
- Straszne? Nie, ale koszmarne już tak. - Nie potrafiłem się ogarnąć i uspokoić.
- Hahah... Tak się wystraszyłeś, że nie zdążyłeś się oglądnąć. Nie spostrzegłeś się, że nie jesteś u siebie?
Dopiero teraz to zauważyłem, dzięki. Wjebał mnie w gówno po same uszy.
Pokój dosłownie tonął w czerni. Czarne ściany, sufit, podłoga, meble. Tylko pościel była biała. Przy łóżku stały dwie zapalone świece. Zasłony skutecznie nie wpuszczały światła do środka.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytałem nerwowo.
- U mnie, spokojnie. - Lucifer dotknął mojej nagiej nogi.
Zaraz, chwila moment! Czy on mnie...?! NIE! Zabiję, zaszlachtuję, przechrzczę i poćwiartuję skurwysyna!
- Czemu mnie rozebrałeś? - bąknąłem spokojnie. Powaga i spokój - jedynie te dwie rzeczy mnie najbardziej zdziwiły.
- A spałbyś w ubraniu? Wątpię.
- Ty zboczeńcu...
- A ty niby nim nie jesteś?- szepnął i przyciągnął mnie do siebie na tyle, że poczułem jego erekcję na nagim udzie.
- L-Lucifer... - jęknąłem z zaskoczenia.
- Tak, Casimir? - szepnął z podnieceniem w głosie.
- C-co ty robisz?
- Chcę... Pragnę cię, Casimirze. Pożądam jak nikogo innego - mruknął w moje prawe ucho, zawisając nade mną.
- A-ale...
- Nie, Casimir. Nie uwolnisz się ode mnie - szepnął i wpił się w moje usta, ciągle pogłębiając pocałunek.
Chciałem się wyrwać, uderzyć go, a w zamian leżałem i odwzajemniałem pocałunki. Kurwa.. Baba ze mnie, nie facet.
Po kilku minutach obaj zaczęliśmy poruszać biodrami, ocierając się o siebie i pojękując sobie w usta. Nasze ręce zaciskały się na różnych częściach obu ciał.
W końcu poczułem w sobie członek Lucifera. Jego ciche pomruki znikały w moich jękach. Ciągle mnie masturbował, robiąc płytkie, ostre ruchy.Przy każdej jego frykcji jęczałem coraz głośniej. Próbował mnie nawet ucisza, ale nie wychodziło mu to.
- Przycisz się, bo służba usłyszy - syknął, kiedy prawnie krzyknąłem z rozkoszy, jaką dawał mi jego penis.
- N-nie mogę... - stęknąłem.
- Przewróć się na brzuch i wypnij porządnie tyłek - powiedział i wyszedł ze mnie.
- Po co? - Spojrzałem na niego przez ramię.
- Po prostu to zrób. - Zaliczył "twarzopalmę" (jakkolwiek to brzmi) i przejechał ręką po ryju.
Posłusznie spełniłem jego prośbę (?), przewróciłem się na plecy i wypiąłem pośladki. Wbił we mnie dwa palce i zaczął nimi poruszać. Jęknąłem, a on mnie uderzył po tyłku. Jak to mnie podniecało !
- Bądźże posłuszny i wciśnij sobie palce w usta. Sam się boję, że mi całą rękę ujebiesz - szepnął prawie wściekle.
- Żebym ja ci chuja nie ujebał, Mont - warknąłem.
- Tak chcesz się bawić? - syknął i dołożył jeszcze dwa palce, co cholernie mnie zabolało.
Odepchnąłem go nogą, podniosłem się do siadu i mocno uderzyłem wampira z pięści, na co ten zaskowyczał boleśnie. Natychmiast padł na kolana z ręką przy twarzy, a ja zerwałem się z łóżka i chwyciłem mocno jego włosy, pociągając go za nie do góry.
- Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób. Jasne?! - ryknąłem Luciferowi prosto w jego bladą twarz. Wampir skulił się jak pies i załkał.
Puściłem jego włosy i chwyciłem swoje ubrania, w które ubrałem się w zaledwie dwie minuty.
- Ca... simir... Proszę... - wydukał nieudolnie, kiedy z nastrojem Lucyfera (Lucyfer a Lucifer to dwie różne rzeczy - imię i diabeł) wyszedłem z pokoju.
Służba unikała mnie jak ognia ze strachem w oczach i drgawkami na całym ciele. Usuwali się z widoku na sam dźwięk stukania glanów o bazaltową posadzkę. Po kilku minutach byłem już na dworze przed rezydencją Monthell. Przede mną stał... mój (!!) motor. Jeszcze ze Stanów. Boże...
Wsiadłem na motor, odpaliłem go i ruszyłem w kierunku bramy.
************************************************************
Jeju... Ile tego jest...? O wiele za wiele XD No ale nic. Dzięki naleganiom mego męża (Ciela (kto wnika, błądzi)) i przyjaciółki z klasy powstała druga część. Mogłam rozdzielić to na dwie części - sen i scena łóżkowa (?) - no ale. Wyszło jak wyszło.
MIŁEGO DNIA, ŻYCZĘ :)
piątek, 3 października 2014
Następny dzień. Stara katedra w opuszczonej części miasta.
To wszystko jeden wielki KOSZMAR. Picie krwi, polowania, wampiry, krwawe ofiary - to nie dla mnie. To dla Lucifera. Ewentualnie Darianny.
A jednak.
Stało się, Casimirze. Osiągnąłeś dno ludzkiego społeczeństwa, zacząłeś życie społeczne istot nadnaturalnych.
- Wstawaj, śpiąca królewno. Nie ma czasu do stracenia ! - Ktoś brutalnie szturchnął mnie w prawe żebra.
- Uaaaa... Darianna, zostaw mnie.
- Pudło, kochaneczku. To nie Darianna. Strzelaj dalej.
- Lucifer? - mruknąłem ledwo słyszalnie.
- Bingo, panie młodszy. Zasłabłeś w nocy. Musisz się przyzwyczaić do snu "na nietoperza". - Zaśmiał się.
- Niee... Nie "na nietoperza". Wolę normalnie. I nie chcę mieć resztki krwi w mózgu - stęknąłem, podnosząc się na łokciach.
Lucifer złapał mnie za ramię i podciągnął do góry tak gwałtownie, że aż mi się w głowie zakręciło. Finny zaraz zacząłby się ze mnie śmiać, że mam słaby łeb, ale i tak by mi pomógł.
- Ajajaj.... Za długo w jednej pozycji. Nie za fajnie. Stracisz na klacie.
- Przestań pieprzyć, bo zacznę solić.
- No już, już. Spoko loko. Na niczym nie stracisz.
- No raczej, Lucifer. Zabierz mnie do domu. Chcę wrócić do łóżka.
- A jak nie? - Podniósł brew i skrzyżował ręce na piersiach.
- To ci machę sklepię ! Natychmiast chcę się znaleźć w domu ! - ryknąłem wściekle, a potłuczone witraże zadrżały.
- Ooooo.... Casimir się zdenerwował. Jak słodko.- Monthell zarżał wrednie.
- Spieprzaj na drzewo, Mont.
Luciferowi rozszerzyły się źrenice do wielkości spodków, a spod górnej wargi wysunęły białe, ostre kły.
- Jak mnie nazwałeś ?!
- Mont. Coś nie tak? - zapytałem z demonicznym uśmiechem na ustach. Wampir się skulił, jakby oberwał mocno i na pewno czymś ciężkim.
- Nie. Wszystko w porządku - pisnął na nietoperzych falach.
- I tak na być. Masz mnie zabrać do domu.
- Japonia czy Rosja?
- Pomyśl trochę ! Nanao, Mont. Rusz dupsko !
*****************************
Ohayo, moi drodzy ^^ następna część tego rozdziału będzie baaaaaaardzo długa. Mimo to myślę, że rozdzielę go jeszcze na 2 części (oczywiście część drugą). A tak poza tym to pozdrawiam z łóżku, bo nieszczęśliwie skończył się dla mnie ostatni wf w tygodniu. A mianowicie - skręcona prawa kostka. Ostre skręcenie stawu skokowego ;-; Cały tydzień w łóżku, a potem w czwartek (ewentualnie piątek) z szyny gipsowej w zwykły gips na 5 tygodni. Najbardziej się boję tego, że się w szkole, za przeproszeniem, wyjebię na schodach i znowu coś sobie zrobię ;-; Tak, tak. Histeryzuję. Ale to jedna z moich lepszych stron.
DOBRA. Już was nie maltretuję, bo samo moje "przemówienie" będzie dłuższe od notki. Pozdrawiam :)
A jednak.
Stało się, Casimirze. Osiągnąłeś dno ludzkiego społeczeństwa, zacząłeś życie społeczne istot nadnaturalnych.
- Wstawaj, śpiąca królewno. Nie ma czasu do stracenia ! - Ktoś brutalnie szturchnął mnie w prawe żebra.
- Uaaaa... Darianna, zostaw mnie.
- Pudło, kochaneczku. To nie Darianna. Strzelaj dalej.
- Lucifer? - mruknąłem ledwo słyszalnie.
- Bingo, panie młodszy. Zasłabłeś w nocy. Musisz się przyzwyczaić do snu "na nietoperza". - Zaśmiał się.
- Niee... Nie "na nietoperza". Wolę normalnie. I nie chcę mieć resztki krwi w mózgu - stęknąłem, podnosząc się na łokciach.
Lucifer złapał mnie za ramię i podciągnął do góry tak gwałtownie, że aż mi się w głowie zakręciło. Finny zaraz zacząłby się ze mnie śmiać, że mam słaby łeb, ale i tak by mi pomógł.
- Ajajaj.... Za długo w jednej pozycji. Nie za fajnie. Stracisz na klacie.
- Przestań pieprzyć, bo zacznę solić.
- No już, już. Spoko loko. Na niczym nie stracisz.
- No raczej, Lucifer. Zabierz mnie do domu. Chcę wrócić do łóżka.
- A jak nie? - Podniósł brew i skrzyżował ręce na piersiach.
- To ci machę sklepię ! Natychmiast chcę się znaleźć w domu ! - ryknąłem wściekle, a potłuczone witraże zadrżały.
- Ooooo.... Casimir się zdenerwował. Jak słodko.- Monthell zarżał wrednie.
- Spieprzaj na drzewo, Mont.
Luciferowi rozszerzyły się źrenice do wielkości spodków, a spod górnej wargi wysunęły białe, ostre kły.
- Jak mnie nazwałeś ?!
- Mont. Coś nie tak? - zapytałem z demonicznym uśmiechem na ustach. Wampir się skulił, jakby oberwał mocno i na pewno czymś ciężkim.
- Nie. Wszystko w porządku - pisnął na nietoperzych falach.
- I tak na być. Masz mnie zabrać do domu.
- Japonia czy Rosja?
- Pomyśl trochę ! Nanao, Mont. Rusz dupsko !
*****************************
Ohayo, moi drodzy ^^ następna część tego rozdziału będzie baaaaaaardzo długa. Mimo to myślę, że rozdzielę go jeszcze na 2 części (oczywiście część drugą). A tak poza tym to pozdrawiam z łóżku, bo nieszczęśliwie skończył się dla mnie ostatni wf w tygodniu. A mianowicie - skręcona prawa kostka. Ostre skręcenie stawu skokowego ;-; Cały tydzień w łóżku, a potem w czwartek (ewentualnie piątek) z szyny gipsowej w zwykły gips na 5 tygodni. Najbardziej się boję tego, że się w szkole, za przeproszeniem, wyjebię na schodach i znowu coś sobie zrobię ;-; Tak, tak. Histeryzuję. Ale to jedna z moich lepszych stron.
DOBRA. Już was nie maltretuję, bo samo moje "przemówienie" będzie dłuższe od notki. Pozdrawiam :)
wtorek, 30 września 2014
Po powrocie do Nanao, cz. 2
Po kilku godzinach byłem wykończony "szkoleniem" prowadzonym przez Lucifera.
Leżałem na chłodnej posadzce w salonie i ciężko oddychałem.
- Masz dość? - zapytał Monthell, stojąc nade mną. Po postawie jego ciała wywnioskowałem, że po kilku stuleciach zwykły trening nie robi na nim żadnego wrażenia.
- Tak, mam dość - mruknąłem, podnosząc się na łokciach.
- Jeszcze kilka takich ćwiczeń i będziesz miał kondycję prawdziwego wampira. - Uśmiech tego gościa przyprawił mnie o połowiczny zawał serca.
"Nie uśmiechaj się tak", rozkazałem mu w myślach, a jego mina zrzedła z chwili na chwilę.
- W wymuszaniu jesteś coraz lepszy, Casimirze.
- Zauważyłem to niedługo po moim "zmartwychwstaniu" w szpitalu.
- A... Tamto. Zaskakujesz mnie.
- A ty mnie nie - warknąłem.
- No już, już... Zbieraj się i idziemy.
- Gdzie?
- W dupie, kurwa. Po krew, ciole.
"Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a oderwę ci łeb przy samej dupie, skurwysynu !", ryknąłem telepatycznie.
"No już, już. Dupa w troki i idziemy po krew"
**********************
No ! Koniec części drugiej. A za błędy w części pierwszej - Gomenasai ! Nie wygodnie pisze mi się na telefonie, bo co chwila coś - albo "mąż" pisze na fb i mnie męczy opowiadaniem, albo rodzice coś chcą i brakuje mi rąk. A jeszcze lekcje, a jeszcze obiad, a to się przebierz, a to to, a to tamto. Cięźkie życie gimnazjalisty :/ No ale rozdziały są i marudzić nie można XD Tak więc miłego czytania. Pozdro :)
Leżałem na chłodnej posadzce w salonie i ciężko oddychałem.
- Masz dość? - zapytał Monthell, stojąc nade mną. Po postawie jego ciała wywnioskowałem, że po kilku stuleciach zwykły trening nie robi na nim żadnego wrażenia.
- Tak, mam dość - mruknąłem, podnosząc się na łokciach.
- Jeszcze kilka takich ćwiczeń i będziesz miał kondycję prawdziwego wampira. - Uśmiech tego gościa przyprawił mnie o połowiczny zawał serca.
"Nie uśmiechaj się tak", rozkazałem mu w myślach, a jego mina zrzedła z chwili na chwilę.
- W wymuszaniu jesteś coraz lepszy, Casimirze.
- Zauważyłem to niedługo po moim "zmartwychwstaniu" w szpitalu.
- A... Tamto. Zaskakujesz mnie.
- A ty mnie nie - warknąłem.
- No już, już... Zbieraj się i idziemy.
- Gdzie?
- W dupie, kurwa. Po krew, ciole.
"Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a oderwę ci łeb przy samej dupie, skurwysynu !", ryknąłem telepatycznie.
"No już, już. Dupa w troki i idziemy po krew"
**********************
No ! Koniec części drugiej. A za błędy w części pierwszej - Gomenasai ! Nie wygodnie pisze mi się na telefonie, bo co chwila coś - albo "mąż" pisze na fb i mnie męczy opowiadaniem, albo rodzice coś chcą i brakuje mi rąk. A jeszcze lekcje, a jeszcze obiad, a to się przebierz, a to to, a to tamto. Cięźkie życie gimnazjalisty :/ No ale rozdziały są i marudzić nie można XD Tak więc miłego czytania. Pozdro :)
czwartek, 25 września 2014
Po powrocie do Nanao cz.1
- Wszystko dobrze, proszę pana? - zapytała Mizuna.
- Tak, Mizu-san. Tylko głowa mi pęka - jęknąłem, kładąc ręce na skroniach. - Podaj mi sake.
- Na ból głowy? Nie poleciłabym tego na migrenę - powiedziała, dotykając lekko mojego ramienia.
Dopiero teraz zauważyłem jej urodę. Duże brązowe oczy, długie czarne włosy, wąskie ramiona, talia osy i delikatne rysy twarzy. Taka delikatna i krucha.
- Mizu-san... Proszę cię tylko o sake.
- No dobrze - mruknęła, podeszła do szafki i wyciągnęła z niej butelkę ryżowego trunki oraz kieliszek, po czym postawiła oba szkła na stoliku przede mną.
- Dziękuję, Mizu-san.
- Mogę już odejść?
Pomyślałem o ataku Lucifera na Mizunę. Nie. Nie mogę też jej stracić. Nie teraz.
Decyzja podjęta.
- Nie, zostaniesz ze mną - powiedziałem i pokazałem jej gestem, żeby usiadła. Posłusznie spełniła polecenia.
Mizuna siedziała spokojnie i czekała na kolejny rozkaz, którego nie doczekała się przez kilka godzin.
- Mizu-san?
- Tak? - mruknęłam sennie i potarła zaczerwienione oczy.
- Idź spać. Ja jeszcze posiedzę, dobrze?
- Tak, sensei. - Podniosła się, lekko ukłoniła i odeszła, zostawiając mnie samego z połową butelki sake.
- Casimir. Co się nie odezwiesz do Brata Krwi, co? - syknął Lucifer, wychodząc zza szafy.
- Opuść mój dom, diable - warknąłem, ściskając kieliszek trunku w prawej dłoni.
- A jeśli nie?
- Sam cię z niego wyrzucę i jeszcze zawołam egzorcystów, którzy chętnie na tobie poeksperymentują, jasne?
Lucifer zaniemówił albo z wrażenia, że mu grożę, albo ze strachu przed egzorcystami.
- No i co, krwiopijco? Zesrałeś się czy strach cię przeleciał? - żachnąłem się i wstałem na proste nogi.
- A jak jedno i drugie naraz?
- To już twój problem, Lucifer. Mnie to nie interere, co zrobiłeś.
- Masz chociaż jakiś powód?
- Mam - odparłem.
- Jaki? - zapytał zdziwiony.
- Dobry. - Roześmiałem się.
Po kilku sekundach Lucifer usiał naprzeciw mnie i też zaczął się śmiać. Obaj ryliśmy się z Bóg-wie-czego.
- Pijesz? - zapytałem, uspokajając się.
- Jaki masz w tym interes?
- A muszę jakiś mieć?
- W sumie to nie, ale nie pij tyle, bo cię zeżrą promile - huknął nagłym śmiechem, a potem śmialiśmy się sobie w głos.
- Faceci. - Doszedł mnie czyiś drapieżny głos. Zdecydowanie kobiecy.
"Kto to jest?", zapytał mnie w myślach Lucifer.
"A bo ja wiem! Nie ma z tobą Dariany?"
"Nie, została w domu."
Przełknąłem ślinę i jak na zawołanie zgasły wszystkie światła z wyjątkiem świeczki, która paliła się na stole.
- Kto? - zapytałem niepewnie.
- Dziewczyna.
- Mizuna?
- Pudło.
- Dariana?
- Znowu pudło.
- Lynx?
- Szkoda, że nie mam ze sobą trąbki. Zagrałabym ci na niej.
"Kto, kurwa!?", ryknął w moich myślach Lucifer.
"Lynx Bloodrose. Znajoma ze szkoły."
"Chyba więcej, niż tylko znajoma."
- Mógłbyś mnie nie ignorować, Casimir? To nie jest miłe - syknęła i oparła się niedbale o framugę drzwi.
- Wybacz mi.
- No już, już. Widzę jednak, że w czymś przeszkodziłam, czyż nie? - Prawie jęknęła i łypnęła groźnie na Lucifera.
- Nie, czemu?
"Tak, Camisir. Ona mi przeszkadza. Wygoń ją stąd, albo ją przemienię."
- Nie wiem. Twój kolega chyba nie za bardzo mnie polubił. Trudno, nie wszyscy przepadają za Zmiennymu. Do jutra - rzuciła i zniknęła w cieniu.
"No nareszcie. Kim są Zmienni?"
- Lucifer, nie mąć mi w głowie. Mów normalnie.
- Sorry. Kim są Zmienni?
- Zmienni to istoty, które przybierają formę innych ludzi i zwierząt.
- Ahaaa... Udam, że tak stary wampir jak ja, zajarzył istnienie Zmiennych na tym świecie.
- Teraz nie rozumiem. Po co do mnie przyszedłeś?
- Porozmawiać? Powiedzieć co i jak o byciu wampirem? Zabrać na polowanie, ewentualnie podrzucić sztuczną?
- Zaraz, zaraz... Istnieje sztuczna krew? - zapytałem, oczekując zwięzłej odpowiedzi.
- Takni jest powszechnie sprzedawana we wszystkich sklepach na całym świecie. Jak chcesz, mogę pójść z tobą po kilka torebek. - Lucifer wyprzedził moje drugie pytanie co do jej fostępności.
- Taaa... Chce ci się?
- Zawsze pewna odmiana, nie? Poza tym musiałbym cię jeszcze poduczyć o byciu "nocnym zwierzęciem".
- To zaczynasz teraz cxy po powrocie?
- Mogę i teraz.
**********************************
Sorka za tak wielkie opóźnienia, ale wiecie chyba jak to jest - jak nie brak dostępu do komputera, to brak neta :/ nikt tego nie lubi i dobrze o tym wiemy. Grubo ponad połowę notki miałam napisaną w sierpniu :<głupia matka. Tylko ona siedzi -.- ale tak czy siak, jest notka, a następną dodam, jak się przyzwyczaję do pisania na telefonie :/ pozdro XD
- Tak, Mizu-san. Tylko głowa mi pęka - jęknąłem, kładąc ręce na skroniach. - Podaj mi sake.
- Na ból głowy? Nie poleciłabym tego na migrenę - powiedziała, dotykając lekko mojego ramienia.
Dopiero teraz zauważyłem jej urodę. Duże brązowe oczy, długie czarne włosy, wąskie ramiona, talia osy i delikatne rysy twarzy. Taka delikatna i krucha.
- Mizu-san... Proszę cię tylko o sake.
- No dobrze - mruknęła, podeszła do szafki i wyciągnęła z niej butelkę ryżowego trunki oraz kieliszek, po czym postawiła oba szkła na stoliku przede mną.
- Dziękuję, Mizu-san.
- Mogę już odejść?
Pomyślałem o ataku Lucifera na Mizunę. Nie. Nie mogę też jej stracić. Nie teraz.
Decyzja podjęta.
- Nie, zostaniesz ze mną - powiedziałem i pokazałem jej gestem, żeby usiadła. Posłusznie spełniła polecenia.
Mizuna siedziała spokojnie i czekała na kolejny rozkaz, którego nie doczekała się przez kilka godzin.
- Mizu-san?
- Tak? - mruknęłam sennie i potarła zaczerwienione oczy.
- Idź spać. Ja jeszcze posiedzę, dobrze?
- Tak, sensei. - Podniosła się, lekko ukłoniła i odeszła, zostawiając mnie samego z połową butelki sake.
- Casimir. Co się nie odezwiesz do Brata Krwi, co? - syknął Lucifer, wychodząc zza szafy.
- Opuść mój dom, diable - warknąłem, ściskając kieliszek trunku w prawej dłoni.
- A jeśli nie?
- Sam cię z niego wyrzucę i jeszcze zawołam egzorcystów, którzy chętnie na tobie poeksperymentują, jasne?
Lucifer zaniemówił albo z wrażenia, że mu grożę, albo ze strachu przed egzorcystami.
- No i co, krwiopijco? Zesrałeś się czy strach cię przeleciał? - żachnąłem się i wstałem na proste nogi.
- A jak jedno i drugie naraz?
- To już twój problem, Lucifer. Mnie to nie interere, co zrobiłeś.
- Masz chociaż jakiś powód?
- Mam - odparłem.
- Jaki? - zapytał zdziwiony.
- Dobry. - Roześmiałem się.
Po kilku sekundach Lucifer usiał naprzeciw mnie i też zaczął się śmiać. Obaj ryliśmy się z Bóg-wie-czego.
- Pijesz? - zapytałem, uspokajając się.
- Jaki masz w tym interes?
- A muszę jakiś mieć?
- W sumie to nie, ale nie pij tyle, bo cię zeżrą promile - huknął nagłym śmiechem, a potem śmialiśmy się sobie w głos.
- Faceci. - Doszedł mnie czyiś drapieżny głos. Zdecydowanie kobiecy.
"Kto to jest?", zapytał mnie w myślach Lucifer.
"A bo ja wiem! Nie ma z tobą Dariany?"
"Nie, została w domu."
Przełknąłem ślinę i jak na zawołanie zgasły wszystkie światła z wyjątkiem świeczki, która paliła się na stole.
- Kto? - zapytałem niepewnie.
- Dziewczyna.
- Mizuna?
- Pudło.
- Dariana?
- Znowu pudło.
- Lynx?
- Szkoda, że nie mam ze sobą trąbki. Zagrałabym ci na niej.
"Kto, kurwa!?", ryknął w moich myślach Lucifer.
"Lynx Bloodrose. Znajoma ze szkoły."
"Chyba więcej, niż tylko znajoma."
- Mógłbyś mnie nie ignorować, Casimir? To nie jest miłe - syknęła i oparła się niedbale o framugę drzwi.
- Wybacz mi.
- No już, już. Widzę jednak, że w czymś przeszkodziłam, czyż nie? - Prawie jęknęła i łypnęła groźnie na Lucifera.
- Nie, czemu?
"Tak, Camisir. Ona mi przeszkadza. Wygoń ją stąd, albo ją przemienię."
- Nie wiem. Twój kolega chyba nie za bardzo mnie polubił. Trudno, nie wszyscy przepadają za Zmiennymu. Do jutra - rzuciła i zniknęła w cieniu.
"No nareszcie. Kim są Zmienni?"
- Lucifer, nie mąć mi w głowie. Mów normalnie.
- Sorry. Kim są Zmienni?
- Zmienni to istoty, które przybierają formę innych ludzi i zwierząt.
- Ahaaa... Udam, że tak stary wampir jak ja, zajarzył istnienie Zmiennych na tym świecie.
- Teraz nie rozumiem. Po co do mnie przyszedłeś?
- Porozmawiać? Powiedzieć co i jak o byciu wampirem? Zabrać na polowanie, ewentualnie podrzucić sztuczną?
- Zaraz, zaraz... Istnieje sztuczna krew? - zapytałem, oczekując zwięzłej odpowiedzi.
- Takni jest powszechnie sprzedawana we wszystkich sklepach na całym świecie. Jak chcesz, mogę pójść z tobą po kilka torebek. - Lucifer wyprzedził moje drugie pytanie co do jej fostępności.
- Taaa... Chce ci się?
- Zawsze pewna odmiana, nie? Poza tym musiałbym cię jeszcze poduczyć o byciu "nocnym zwierzęciem".
- To zaczynasz teraz cxy po powrocie?
- Mogę i teraz.
**********************************
Sorka za tak wielkie opóźnienia, ale wiecie chyba jak to jest - jak nie brak dostępu do komputera, to brak neta :/ nikt tego nie lubi i dobrze o tym wiemy. Grubo ponad połowę notki miałam napisaną w sierpniu :<głupia matka. Tylko ona siedzi -.- ale tak czy siak, jest notka, a następną dodam, jak się przyzwyczaję do pisania na telefonie :/ pozdro XD
poniedziałek, 14 lipca 2014
Po kilku dniach. Dalej Warszawa ^^
Minął chyba tydzień odkąd wyszedłem ze szpitala. Od tamtej pory boli mnie głowa.
Siedziałem na ławce przy pomniku. Ślady krwi zniknęły, a Syrenka wglądała jak przed moim przyjazdem.
- Psze pana, mogę się przysiąść? - usłyszałem za sobą głos i od razu wiedziałem, do kogo on należy.
- Tak, proszę. - Odsunąłem się trochę na lewo.
- Skąd wiedziałeś, że to ja, a nie ktoś inny? - Obok mnie usiadła Dariana.
- Masz charakterystyczną barwę głosu. I nie jesteś rodowitą Polką.
- Oj tam. Ty masz bardziej europejski akcent.
- Znaczy się jaki?
- Nie wiem. Może niemiecki, albo włoski. Ale nie rosyjski.
Zaśmiałem się i lekko potrząsnąłem jej ramieniem.
- No co? - pisnęła.
- Jestem rodzonym Rosjaninem, nie Niemcem - gruchnąłem śmiechem.
- Wiem, ja też, ale z bardziej europejskiej części.
- Kaliningrad?
- Skąd wiedziałeś?
- Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. Jesteś z Kaliningradu?
- Tak.
- Ja swoje wiem. Widać po twojej urodzie - odpowiedziałem na jej poprzednie pytanie.
- No, no. O czym tak romansujecie? O Europie, tak? - zapytał jakiś głos zza ławki.
"Ktoś" okazał się być Luciferem w białym podkoszulku, czarnych spodniach i trampkach.
- Lucifer, odejdź stąd - warknąłem, zaciskając pięści.
- Casimir, spokojnie. Nic ci nie zrobi. Spokojnie - szepnęła Dariana, dotykając lekko mojej zaciśniętej prawej pięści.
- Nie. On kazał ci mnie przemienić. On zginie z mojej ręki - syknąłem.
- Oj, Kowaliv. Poddaj się. Byłeś silny jako człowiek, a jako wampir masz siłę kilkudniowego niemowlaka. Dla mnie jesteś idealnym kozłem ofiarnym - zaśmiał się Monthell.
Wstałem nagle i odwróciłem się do niego twarz. Jego oczy były jasnoszare.
- Mam cię dość, sukinsynu! - wrzasnąłem, a on wybuchnął nieopanowanym śmiechem.
- Casimir! Uspokój się! - pisnęła wampirzyca.
- Nie! Obiecałem sobie, że go zabiję! Wiesz chociaż, ile lat minęło odkąd zabił moich rodziców?! - wrzasnąłem, a w oczach zaczęły zbierać się łzy.
- Myślałem, że już zapomniałeś o tym. To było 14 lat temu. Zapomnij o tym.
Padłem na kolana i rozpłakałem się. Zaledwie kilka minut temu byłem gotowy zajebać Lucifera, a teraz płaczę jak dziecko.
- Ojej, dzieciątko się rozkleiło - zaśmiał się wampir.
- Zamknij się! Mam cię dość! - załkałem.
- Nie. To ty się zamknij. Jesteś tylko mój, jasne?
- Nie. Zostaw mnie w spokoju.
- Dariano, chodź tu - mruknął do wampirzycy, a ona podeszła do niego. Chwycił ją za ramię i zniknęli, zostawiając mnie samemu sobie.
**********************************************
Ueeee. Nie wiele dłuższa, ale jednak. W następnym wpisie będzie jeden tekst zapożyczony od mojej przyjaciółki ze szkoły (mam nadzieję, że nie oskarży mnie o plagiat...) i kilka zdań dwuznacznych. Miło byłoby, gdybyście polecali mój blog znajomym albo udostępniali go na stronach na Fb, o ile macie stronki... No nic. Co jakiś czas będę wstawiać bonusy w postaci notek innych postaci, na przykład Lucifera, Dariany, czy też Pewnej Osoby Z Następnych Wpisów. No co jeszcze mogę powiedzieć? Miłego czytania :D
Siedziałem na ławce przy pomniku. Ślady krwi zniknęły, a Syrenka wglądała jak przed moim przyjazdem.
- Psze pana, mogę się przysiąść? - usłyszałem za sobą głos i od razu wiedziałem, do kogo on należy.
- Tak, proszę. - Odsunąłem się trochę na lewo.
- Skąd wiedziałeś, że to ja, a nie ktoś inny? - Obok mnie usiadła Dariana.
- Masz charakterystyczną barwę głosu. I nie jesteś rodowitą Polką.
- Oj tam. Ty masz bardziej europejski akcent.
- Znaczy się jaki?
- Nie wiem. Może niemiecki, albo włoski. Ale nie rosyjski.
Zaśmiałem się i lekko potrząsnąłem jej ramieniem.
- No co? - pisnęła.
- Jestem rodzonym Rosjaninem, nie Niemcem - gruchnąłem śmiechem.
- Wiem, ja też, ale z bardziej europejskiej części.
- Kaliningrad?
- Skąd wiedziałeś?
- Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. Jesteś z Kaliningradu?
- Tak.
- Ja swoje wiem. Widać po twojej urodzie - odpowiedziałem na jej poprzednie pytanie.
- No, no. O czym tak romansujecie? O Europie, tak? - zapytał jakiś głos zza ławki.
"Ktoś" okazał się być Luciferem w białym podkoszulku, czarnych spodniach i trampkach.
- Lucifer, odejdź stąd - warknąłem, zaciskając pięści.
- Casimir, spokojnie. Nic ci nie zrobi. Spokojnie - szepnęła Dariana, dotykając lekko mojej zaciśniętej prawej pięści.
- Nie. On kazał ci mnie przemienić. On zginie z mojej ręki - syknąłem.
- Oj, Kowaliv. Poddaj się. Byłeś silny jako człowiek, a jako wampir masz siłę kilkudniowego niemowlaka. Dla mnie jesteś idealnym kozłem ofiarnym - zaśmiał się Monthell.
Wstałem nagle i odwróciłem się do niego twarz. Jego oczy były jasnoszare.
- Mam cię dość, sukinsynu! - wrzasnąłem, a on wybuchnął nieopanowanym śmiechem.
- Casimir! Uspokój się! - pisnęła wampirzyca.
- Nie! Obiecałem sobie, że go zabiję! Wiesz chociaż, ile lat minęło odkąd zabił moich rodziców?! - wrzasnąłem, a w oczach zaczęły zbierać się łzy.
- Myślałem, że już zapomniałeś o tym. To było 14 lat temu. Zapomnij o tym.
Padłem na kolana i rozpłakałem się. Zaledwie kilka minut temu byłem gotowy zajebać Lucifera, a teraz płaczę jak dziecko.
- Ojej, dzieciątko się rozkleiło - zaśmiał się wampir.
- Zamknij się! Mam cię dość! - załkałem.
- Nie. To ty się zamknij. Jesteś tylko mój, jasne?
- Nie. Zostaw mnie w spokoju.
- Dariano, chodź tu - mruknął do wampirzycy, a ona podeszła do niego. Chwycił ją za ramię i zniknęli, zostawiając mnie samemu sobie.
**********************************************
Ueeee. Nie wiele dłuższa, ale jednak. W następnym wpisie będzie jeden tekst zapożyczony od mojej przyjaciółki ze szkoły (mam nadzieję, że nie oskarży mnie o plagiat...) i kilka zdań dwuznacznych. Miło byłoby, gdybyście polecali mój blog znajomym albo udostępniali go na stronach na Fb, o ile macie stronki... No nic. Co jakiś czas będę wstawiać bonusy w postaci notek innych postaci, na przykład Lucifera, Dariany, czy też Pewnej Osoby Z Następnych Wpisów. No co jeszcze mogę powiedzieć? Miłego czytania :D
W szpitalu
Leżałem na łóżku po d kroplówką w jednym z warszawskich szpitali. Dalej miałem zamknięte oczy, ale odkładnie słyszałem głosy z gabinetu doktora.
Twierdził, że mam raka serca. To było niemożliwe. Badania nowotworowe robiłem co roku, odkąd skończyłem 16 lat. Nie mam raka, to pewne.
Doktor przyszedł do mnie, jakby słyszał, co myślę.
- Widzę, że już się panu polepszyło. Potrzebuję tylko pańskiego nazwiska, żeby wpisać do...
- Casimir Dimitrij Kowaliv - odpowiedziałem po rosyjsku, przerywając mu.
- Dziękuję. Jest pan z Rosji, tak?
- Tak - odrzekłem po polsku.
- Ciekawe. Poliglota?
- Mówię w 70 językach, jeśli o to panu chodzi.
- Ile ma pan lat?
- 24. A czemu pan pyta?
- Pański brat i, chyba, córka czekają na wizytę. Zawołać?
Zaraz! Że kto?!?! Jaki brat?! JAKA CÓRKA?!
- Ale ja nie mam... - Nie dokończyłem, bo do sali wszedł nikt inny, jak Lucifer i Dariana. Po prostu zajebiście.
- Hej, Casimir - powiedziała smutno wampirzyca. - Mocno boli?
- Jak cholera. Czemu mi to zrobiłaś?!
- Musiałam. Lucifer użył na mnie wpływu i... I... - Zadrżała jej dolna warga, a ja poczułem nagłą ochotę przytulenia jej. Jednak po tym co mi zrobiła, to mi się odechciewa.
- Nie płacz, Dariano. - Lucifer przytulił ją ramieniem, a we mnie zaczęła zbierać się nienawiść.
- Zostaw ją, gnoju - nakazałem mu w myślach, a ten odskoczył od niej jak oparzony.
- Jak... Ty!
- Nie wydzieraj się, Lucifer. Jeszcze pożałujesz odebrania mi siostry i rodziców.
**************************************************************
No, no. Wiem, że dość krótka notka, ale następna będzie trochę dłuższa. O kilka zdań XD Nie no, troszeczkę dłuższa. Miłej lekturki :)
Twierdził, że mam raka serca. To było niemożliwe. Badania nowotworowe robiłem co roku, odkąd skończyłem 16 lat. Nie mam raka, to pewne.
Doktor przyszedł do mnie, jakby słyszał, co myślę.
- Widzę, że już się panu polepszyło. Potrzebuję tylko pańskiego nazwiska, żeby wpisać do...
- Casimir Dimitrij Kowaliv - odpowiedziałem po rosyjsku, przerywając mu.
- Dziękuję. Jest pan z Rosji, tak?
- Tak - odrzekłem po polsku.
- Ciekawe. Poliglota?
- Mówię w 70 językach, jeśli o to panu chodzi.
- Ile ma pan lat?
- 24. A czemu pan pyta?
- Pański brat i, chyba, córka czekają na wizytę. Zawołać?
Zaraz! Że kto?!?! Jaki brat?! JAKA CÓRKA?!
- Ale ja nie mam... - Nie dokończyłem, bo do sali wszedł nikt inny, jak Lucifer i Dariana. Po prostu zajebiście.
- Hej, Casimir - powiedziała smutno wampirzyca. - Mocno boli?
- Jak cholera. Czemu mi to zrobiłaś?!
- Musiałam. Lucifer użył na mnie wpływu i... I... - Zadrżała jej dolna warga, a ja poczułem nagłą ochotę przytulenia jej. Jednak po tym co mi zrobiła, to mi się odechciewa.
- Nie płacz, Dariano. - Lucifer przytulił ją ramieniem, a we mnie zaczęła zbierać się nienawiść.
- Zostaw ją, gnoju - nakazałem mu w myślach, a ten odskoczył od niej jak oparzony.
- Jak... Ty!
- Nie wydzieraj się, Lucifer. Jeszcze pożałujesz odebrania mi siostry i rodziców.
**************************************************************
No, no. Wiem, że dość krótka notka, ale następna będzie trochę dłuższa. O kilka zdań XD Nie no, troszeczkę dłuższa. Miłej lekturki :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)